Boliwia, serce ameryki południowej

Pedałowanie w Boliwii miało dwie odsłony. Pierwszą, kiedy wjechałem do kraju z południa z Villazon i potoczyłem się do Potosi, i drugą, kiedy odebrałem swój rower z La Paz i ruszyłem do Chile przez południowo zachodnią część kraju. Jak tylko znalazłem się w Boliwii, reguły gry rowerowej zmieniły się drastycznie. Góra dół i góra i dół. Drogi bezlitośnie męczyły moje nogi. Pamiętam, kiedy w Argentynie pierwszy raz pedałowalem przez 3000m przełęcz. Byłem nieźle podjarany myśląc: ‘wow, właśnie wjechałem rowerem wyżej niż najwyższa góra w Polsce’. W Boliwii jadąc przez Altiplano 4000m to była norma a nierzadko zdarzały się przełęcze w okolicach 4600m i więcej. Wysokość nawet mi nie dokuczała w czasie jazdy, ale spanie to była zupełnie inna para kaloszy. Przez jakiś czas budziłem się co 10 minut desperacko próbując złapać oddech. Po jakimś czasie wszystko się uspokoiło i mogłem rozkoszować się pedałowaniem za dnia i dobrze wypocząć nocą. Z rowerowych wrażeń warto wspomnieć dwa odcinki. Pierwszy to droga z Oruro do Sucre, która w większości jest bez asfaltu i miejscami bywa dosyć górzysta. Trudna trasa, ale dosyć interesująca. Wiedzie przez małe miejscowości I wspina się na pagóry z pięknymi widokami. Drugi odcinek to Ruta de las Joyas znany również jako Ruta de las Lagunas, który jest tak powalający, że postanowiłem napisać o nim cyklodramatyczny tekst, który byłby rozdziałem w mojej podróżniczej książce, gdybym kiedykowiek ją miał zamiar napisać. Wpadłem nawet na chwytliwy tytuł: Idiota, jego bagażnik i Ruta de las Joyas. Jeśli niepowodzenia innych cie cieszą, czytaj dalej.

Idiota, jego bagażnik i Ruta de las Joyas

Droga z Sucre do Uyuni okazała się być wymagająca. Miesięczna przerwa w pedałowaniu nie ułatwiła mi wykonania tego zadania. Przed wyjazdem nie sprawdziliśmy profili elewacji trasy, czasami lepiej nie wiedzieć, ale okazuje się że na odcinku 350km jest w sumie 7000m podjazdu. Miesięczna przerwa czy też nie, taki teren w każdych okolicznościach może złamać twojego rowerowego ducha. Ale udało się, po 6 dniach w jednym kawałku dojechaliśmy do Uyuni. W czasie pokonywania trasy miałem wrażenie, że to moja wola porusza nogami, bo w mięśniach zdawało mi się nie być ani grama mocy. Atrakcje na trasie to: odpoczynek w rowie, nocleg w szpitalu a także bycie okładanym przez grad, który nawiedził nas kika razy.
Uyuni to malutkie i bardzo turystyczne miasteczko z dzisiątkami agencji, które oferują wycieczki jeep’ami przez Salar de Uyuni – największe suche jezioro solne na świecie. To właśnie dlatego tam byliśmy. Nie dla jeepowych wypraw ma się rozumieć, ale po to, by rowerami przemierzyć solny bezkres. Na jego środku, na wyspie Incahuasi nasze drogi miały się rozejść. Dave miał zmierzać do Peru, a w moich planach była próba przejechania Ruta de las Joyas (droga klejnotów) – odizolowanego i bardzo nieprzyjaznego dla rowerów odcinka 340km prowadzącego przez południowo zachodnią część kraju. Odcinek ten zaczyna się w San Juan w Boliwii a kończy w San Pedro de Atacamaw Chile. Czułem się lekko podekscytowany tym planem. Miałem przeczucie, że może to być najbardziej niesamowite rowerowe przeżycie jakie miałem do tej pory. Coś zupełnie innego niż dotychczas. Postanowiliśmy zostać 2, 3 dni w Uyuni, żeby zorganizować wyprawę. Studiowałem mapy, opisy, współrzędne GPS i przygotowywałem listę prowiantu na 8-10 dni, a wszystko to w dzięcięcym oczekiwaniu na coś super odlotowego. Zupełnie jak 6 letnie dziecko czekające niecierpliwie na mikołaja. W przeddzień wyjazdu poszliśmy do supermarketu kupić jedzenie, które ledwie udało mi się dotachać spowrotem do naszego hostelu. 2Kg makaronu, 15 jajek, cebula, od groma przeróżnych sosów pomidorowych, mleko w proszku, kawa, owsianka, orzeszki ziemne, tuńczyk, sardynki, salami, chleb, olej i oczywiście kilogram mojego ulubionego dulce de leche. W drodze do domu rozplanowywałem w głowie gdzie upchać cały ten prowiant razem z 8l wody, które zamierzałem zabrać (jechałem w końcu na pustynię!). Poranek przed wyjazdem był dość chaotyczny. Moje zaimprowizowane przednie pojemniki pomieściły połowę jedzienia, drugą połowę upychałem gdzie się da. Po zapakowaniu 8kg wody mój rower zamienił się w czołg. Dosłownie. Nie było opcji, żeby podnieść tył roweru. Dave, który zwykle wypowiada się kwieciście i nie żałuje słów swojego ojczystego języka wypowiadając się na tematy wszelkiej maści, kiedy zobaczył mój zapakowany rower miał tylko tyle do powiedzenia: ‘Artur, jesteś idiotą.’. No dobrze, pomyślałem przyjmując tą swego rodzaju konstruktywną krytykę. Być może jestem idiotą, ale ten idiota głodny chodzić nie będzie. Ale coś było na rzeczy, Rower był rzeczywiście przeciążony i zacząłem się martwić, że bagażnik nie wytrzyma takiej wagi. Kiedy dotraliśmy do Colchani, jakieś 25km od Uyuni i kilka kilometrów od brzegu jeziora usłyszałem zgrzyt i mój rower zatrzymał się w miejscu. Jezusicku! Ośka ukręcona, kulki łożyskowe starte na proch, pomyślałem. Ale nie, śrubka, która mocuje bagażnik do ramy ułamała się. Puta madre! Przerabiałem to już wcześniej w Argentynie, ale wtedy miałem dużo szczęścia i natknąłem się na genialnego spawacza, który przyspawał kawałek metalu do ułamanej śrubki w ramie i w ten sposób ją wykręcił. Tym razem nie miałem tyle szczęścia, albo też byłem zbyt napalony na Salar, żeby szukać warsztatu. Byłem tak blisko a teraz mam rozwalony bagażnik…. nie dobrze. Próbowałem jakieś pół godziny wydostać resztę śrubki z ramy, ale bezowocnie. Dave w swojej mądrości powiedział: ‘Po prostu przykręć bagażnik do tych drugich dziurek w ramie’. Dobra! Wtedy wydawało mi się, że to dobra rada. W godzinę bagażnik był zamontowany. Na nieszczęście, kiedy przykręcałem jedną stronę, śrubka poszła bokiem I uszkodziła gwint w ramie, ale co gorsza udało mi się ją wkręcić tylko do połowy. Nie wyglądało to za dobrze. Mogłem albo wrócić się do Uyuni, żeby to naprawić…. ale cholera! Byłem tak blisko a moje opony nawet nie dotknęły soli. Nie chciałem wracać. Postanowiłem, że zaryzykuję nawet jeśli znaczyło to, że będę musiał przeciągnąć ten rower przez sól. Tak więc ruszyliśmy przed siebie. Jak tylko rower zaczął się toczyć poczułem chlebotanie się bagażnika, nie był to dobry znak, ale pomyślałem, że jeśli uda mi się dotrzeć do wyspy, będę jechał dalej. Bagażnik przetrwał…. ledwie. Kołysał się, giął, stary spaw rozpadał się z każdym metrem. Na wyspie Incahuasi, gdzie zatrzymaliśmy się na noc jeszcze raz desperacko próbowałem wyciągnąć śrubkę z ramy. Nic z tego. Następnego dnia Dave spojrzał na mój zmaltretowany bagażnik i powiedział: “Daję mu 10 minut zanim się złamie’. Ech, ten gość zawsze potrafił mnie rozchmurzyć. Kilka chwil zanim ruszył w swoją stronę dorzucił: ‘Daj znać jak poszła twoja katastrofa w lagunach… to znaczy przygoda’. Bezczelny typ! Ale moje opcje były ograniczone. Mogłem albo wrócić 60km z miejsca z którego wyruszyliśmy, albo zaryzykować 40km do drugiego końca Salaru. Jeden z mieszkańców wyspy powiedział mi, że w pierwszej wiosce, tuż przy skraju Salaru jest warsztat ze spawarką. A chrzanić to, pomyślałem, szczęście sprzyja wariatom, naprzód! Jakieś 5km przed końcem jeziora spojrzałem na bagażnik, który teraz był w zupełnie opłakanym stanie. Spaw zupełnie zniknął obnażając stare złamanie. Wszystko chlebotało się jeszcze bardziej. ‘Nie zepsuj się teraz, nie zepsuj się teraz!’ mantrowałem w głowie. Byłem tak blisko. Zdecydowałem w końcu, że zejdę z roweru i będę go prowadził, póki jeszcze mogę. Po jakichś 3km usłyszałem ten sam zgrzyt i bagażnik wylądował na tylnej oponie. Super. Sytuacja była wyborna. Utknąłem na największym solnym jeziorze świata… przynajmniej miałem dużo jedzenia. Musiałem działać szybko. Słońce stawało się nie do zniesienia. Odkręciłem zupełnie bagażnik i położyłem go na siodełku, drugą torbę położyłem na pierwszej i na kierownicy. W ten sposób mogłem przynajmniej zepchać rower z jeziora. Tak też zrobiłem. Po dwóch kilomterach byłem spowrotem na lądzie a po kolejnych 5 w pierwszej wiosce. Kiedy tam się dotoczyłem jakiś starszy pan siedział na zewnątrz. Podszedłem więc do niego i zapytałem:
‘Dzień dobry, czy jest tutaj warsztat ze spawarką, Señor?’
‘Mmm, nie’.
Oż do kurwy nędzy! Do tej pory powinienem już się nauczyć, że nie można polegać na informacjach od lokalnych, ale jakoś chciałem w to wierzyć, jak sądzę.
‘I gdzie jest następna miejscowość gdzie jest taki warsztat?’.
‘W Colcha K’.
‘Ile km?’
’20′

O jezusicku, nie za dobrze, ale też nie tak źle. Mógłbym tam być w 5 godzin. Zacząłem więc pchać rower poprawiając co chwilę torby, które zsuwały się i wykrzykiwałem obelgi w stronę nieba. Nie pomagało mi to w pchaniu roweru, ale czułem się zdecydowanie lepiej. Udało mi się przejść może połowę drogi, kiedy zaczynało robić się ciemno. Postanowiłem obozować przy drodze. Kiedy rozbijałem namiot zorientowałem się, że zgubiłem gdzieś śledzie. Na szczęście nie zapowiadało się na deszcz. Następnego dnia obudziłem się z piekącymi oczami. Spojrzałem w lusterko. Moje białka były koloru różowego. Słońce na salarze. Moje okulary prawdopodbnie zostały zaprojektowane nie po to, żeby chronić oczy tylko żeby robić dobre wrażenie. O matko, co jescze? Paul, mój współlokator z Sucre, którego spotkałem przypadkiem w Uyuni podarował mi jeden ze swoich wyrobów. ‘Por buena suerte, loco!’. Trzymałem w ręku ten amulet wiszący na mojej szyi i pomyślałem: ‘Kurwa, Paul, to jest talizman na katastrofy!’. Ale obwinianie uzdolnionego ‘artesano’ było zbyt proste. Z pewnością dołożyłem swoje 3 grosze do całej tej sytuacji. Po kilku minutach pchania roweru napotkałem kobietę, która pracowała w polu.
‘Jak daleko do Colcha K, Señora?’
’3 godziny na piechotę. Co się stało z twoim rowerem?’
Jestem idiotą i odpadł mi bagażnik, pomyślałem, ale wypowiedziałem tylko drugą część zdania.
‘Czy wie Pani, czy w Colcha K jest warsztat ze spawarką?’
‘Jest, ale musisz się pośpieszyć. Dzisiaj jest impreza z okazji rocznicy powstania prowincji i wszyscy będą pijani.’
Co??? Była 9 rano, jeśli dotarłbym do miasteczka o 12 z pewnością wszyscy będą jescze trzeźwi… Udało mi się dotrzeć około godziny 13.
‘Cześć, szukam warsztatu spawalniczego’
‘Wszyscy piją na placu’
Nieeee! W Europie Polacy mają opinię, że piją dużo. Kiedy mieszkałem w Irlandii przekonałem się, że dużo nam brakuje do irlandzkiej profesjonalnej ligii alkoholowej. Boliwijczycy jakkolwiek wskoczyli na zupełnie inny poziom w tym temacie. Nie miałem wyboru, musiałem zostać w miasteczku, nie mogłem dalej pchać roweru. Poszedłem do sklepu kupić coś do picia i gawędziłęm przez chwilę ze śliczną sprzedawczynią.
‘Widzę, że w miasteczku jest duża impreza.’
‘Tak, to rocznica powstania prowincji.’
‘Aha, i impreza jest dzisiaj czy będzie też jutro?’
‘O nie, będzie trwała do soboty’.
Sobota?? A była środa. Już wyobrażałem sobie, że będę musiał poczekać pare dni zanim spawacze wytrzeźwieją. Właściciel miejsca w którym się zatrzymałem powiedział, że przy odrobinie szczęścia mam szansę spotkać kogoś w warsztacie… światełko w tunelu. Dowiedziałem się gdzie są warsztaty (bo ponoć były dwa) i następny dzień spędziłęm kursując od jednego do drugiego tylko po to, żeby zobaczyć wiszące w drzwiach kłódki. Przysięgam, że przetoczyłem się przez miasteczko z rowerem z 10 razy. Pytałem gdzie mieszkają spawacze, ale nikt nie miał pojęcia. Podczas jednej z wizyt, wczesnym popołudniem, pod warsztat podjechał motor.
‘Cześć, czy tutaj jest warsztat spawalniczy?’
‘Tak, w czym mogę pomóc?’
Taaaaak! W pół godziny ułamana śrubką została wyciągnięta z ramy a bagażnik pospawany na nowo. Teraz tylko musiałem się spakować i modlić do Pachamamy i wszystkich świętych, żeby naprawa okazała się wystarczająco dobra. Kiedy opuszczałem miasteczko zobaczyłem w oddali dwóch ludzi… jakby na motorach…. kiedy zbliżałem się do nich rozpoznałem charakterystyczne torby rowerowe. Dwóch rowerzystów zauwaźyło mnie na wzgórzu i poczekali na mnie. Obydwoje chcieli przejechać przez ruta de las lagunas. Więc może to wszystko miało swój powód. Eddie i Santi zostali moimi nowymi rowerowymi koleżkami. Razem popedałowaliśmy do San Juan, gdzie rozpoczyna się Ruta de las Joyas. Eddie wycofał się drugiego dnia cierpiąc na chorobę wysokościową. Od tamtej pory na trasie zostałem ja i kataloński triatlonista/ultramaratonista. Dobre towarzystwo!

Chociaż trasa jest dość odizolowana, po drodze są miejsca gdzie można się przespać i coś zjeść. Czasem dosyć zabawne jest jak goście są traktowani w tych miejscach. W jednym z nich poprosiliśmy o obiad. Menu dnia to zupa i makaron z sadzonymi jajkami. Proste jedzenie, ale po całodniowej torturze rowerowej, tj. pchaniu roweru przez większość dnia, ciepłe jedzenie to wszystko o czym marzysz. Ale kiedy podano nam makaron był zimny jak lód. Santi, który zawsze bardzo grzecznie zwracał się do wszystkich zapytał:
‘Przepraszam, proszę pani, czy mogłaby pani podgrzać nam makaron, jeśli to możliwe?’
‘Nie!’ Padła odpowiedź jak trzaśnięcie w policzek.
Popatrzyliśmy na siebie, ja prawie wybuchłem śmiechem.
‘Ale proszę pani, ten makaron jest bardzo zimny, może mogłaby pani użyć tej samej patelni na której usmażyła pani jajka?’
‘Nie, w tej patelni jest olej!’ pani prawie na nas krzyczała, ale Santi nie miał zamiaru się poddać.
‘To nic proszę pani, może pani podgrzeje makaron w tym oleju albo wyleje olej?’
‘Nie mam czasu, muszę ugotować ryż dla turystów, którzy przyjeżdzają jutro. Tu jest patelnia, jak chcecie to sobie sami podgrzejcie ten makaron.’
Nie mogłem uwierzyć w to co się dzieje, ale przynajmniej w ten sposób mogliśmy zjeść ciepły posiłek… suckes. Ale nie wszystkie miejsca są takie. Któregoś dnia zakończyliśmy w jedynym miejsu, które mogło nas osłonić przed wiatrem – hotel del desierto. Hotel, jak nazwa wskazuje, w środku pustyni i niczym więcej dookoła. Zapytaliśmy ile kosztuje noc w hotelu. 170USD. Nie wiem nawet jak to jest możliwe, ale nie było takiej opcji, żeby zapłacić taką cenę. Hotel był w renowacji i dobudowywano nowe skrzydło. Pracownicy powiedzieli nam, że możemy obozować na placu budowy. Tak też zrobiliśmy. Santi poszedł do środka hotelu zagrzać się nieco. Został poczęstowany kawą i rogaliczkami a kiedy zostawił jakieś pieniądze za poczęstunek, jeden z pracowników przyszedł do nas i wręczył mu je spowrotem. To właśnie jest Boliwia, nigdy nie wiesz czego się spodziewać.
Ulubionym powiedzeniem Santi’ego było ‘todo tiene su precio’ – wszystko ma swoją cenę. W istocie. La ruta de las joyas była słodko gorzkim doświadczeniem. Dużo pchania, tarki która wytrząsła moje organy wewnętrzne do granic bólu, kamieniste drogi albo też miękki piasek po którym nie da się jechać. Do tego wszystkiego silny wiatr (czasami tak silny że nie tylko musiałem zejść z roweru ale także zgiąć się w pałąk, żeby zmniejszyć opór i wogóle móc pchać rower), przesmyki sięgające niemal 5000m. Fakt, że bagażnik i moje pojemniki wytrzymały całą drogę graniczy z cudem. Ale krajobrazy były powalające. Coś naprawdę specjalnego i coś wartego zapamiętania. Czułem się wdzięczny, że miałęm współtowarzysza. Zdecydowanie raźniej jest cierpieć w dwójkę. Zdecydowanie najtrudniejszy odcinek jaki wykonałem do tej pory. 8 dni, których nigdy nie zapomnę i coś co można opowiedzieć wnukom :).

fotki z boliwii:

01-P1000734
Wierzcie bądź nie, w tym garnczku gotuje się prawdziwe fondue! Dzięki Manu i Elise!

02-P1000760
Fotka artystyczna! :p

03-P1000779
Tylko w Boliwii czerwone kapturki i wilki chodzą trzymając się za ręce.

04-P1000832
Droga z Oruro do Sucre zaskakuje.

05-P1010053
Salar the Uyuni!

06-P1010068
Zagubiony w soli

07-P1010096
Eddie and Santi, nowi cyklokolesie

08-P1010137
Laguna Hedionda

09-P1010148
Często znalezienie ścieżki po której można jechać było niemożliwe

10-P1010196
Gejzery na prawie 5000m wyglądały zachęcająco. Ponoć plują siarką i arszenikiem. Zrezygnowałem z ogrzewania się ich oparami.

11-P1010214
Laguna Colorada

12-P1010256
Laguna Verde

13-landscape
Krajobraz i pierwsza fotka HDR!

2 Responses to Boliwia, serce ameryki południowej

  1. Tomek says:

    nie wiem co ciekawsze text czy fotki:)
    zycze wiatru w plecy!!!

    pozdrowienia
    Tomek

    • Wojtek says:

      Nie wiem co trudniejsze strzelać foty czy wypocić tekst :). Dzięki i kontrpozdrawiam!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

"Life is like a 21 speed bicycle-most of us have gears we never use"