Najkrótsza wyprawa rowerowa w historii???

To jest kolejne podejście by napisać tego posta. Mamy już tysiąc wersji jego początku, czasami nawet udało się dojść do połowy opowieści, ale jak na razie nie dobrnęliśmy do jej końca. Naszą historię powiedzieliśmy już chyba z milion razy, ba! jest duże prawdopodobieństwo, że większą jej część potrafimy powiedzieć po portugalsku, chociaż nie znamy tego języka.

Kiedy zakładaliśmy tego bloga, myśleliśmy w zasadzie o umieszczaniu na nim fotografi a nie obszernych relacji słownych. Jak do tej pory nie zrobiliśmy zbyt dużo fotek, ale mamy, jak nam się wydaje, niesamowitą historię do opowiedzenia. Historię o wydarzeniach, które miały miejsce w pierwszych dwóch tygodniach naszego pobytu w Ameryce Południowej. Tego posta piszemy dla tych wszystkich osób,  które stały się częścią tej opowieści, aby mogły one zobaczyć cały ciąg wydarzeń z naszego punktu widzenia. Osób tych jest zbyt dużo, by wspomnieć je tu wszystkie. Wielu z nich nie znamy z imienia, a także często spotkania z nimi były zbyt króŧkie, by móc napisać o nich coś więcej. Skoncentrowaliśmy się na kilku postaciach, ale tak naprawdę ta historia jest o tych wszystkich, których spotkaliśmy na naszej drodze.

————————–

W końcu  pojawiliśmy się na drugiej półkuli, w Ameryce Południowej, o której marzyliśmy od dłuższego czasu. Przyjechaliśmy tutaj, by przemierzyć ten kontynent na rowerach. Przygotowania były długie i żmudne, aczkolwiek sprawiały dużo radości, gdyż przybliżały nas do celu.

Wojtek wprawiał się w “rowerologii stosowanej”, by przygotować nasze maszyny do wyprawy i by w drodze zaradzać ich ewentualnym usterkom. Ja przemierzałam przez tajniki korporacyjnych ubezpieczeń, sprzedawców biletów, szczepień i gromadziłam odpowiednie ubrania.

Przeglądnęliśmy tysiące stron internetowych i wiele blogów podróżników rowerowych, by móc skompletować odpowiedni ekwipunek. Nasze sakwy i filtry na wodę miały nam pomóc przetrwać w ekstremalnie ciepłych warunkach a puchowe śpiwory i ubrania z wełny merino przetrzymać niskie temperatury. Mieliśmy całą gamę urządzeń elektronicznych, by w biegu móc podłączać się do cyfrowego świata, a także panel słoneczny i przenośne baterie, by utrzymać elektronikę dłużej przy życiu. Wzieliśmy ze sobą dziesiątki gadżetów a każdy z nich mial spełniać określoną funkcję i w ten sposób ułatwić nam naszą wielokilometrową podróż.

W końcu wylą…dowaliś›my w Sao Paolo, złapaliśmy autobus do Sao Vicente, gdzie Wojtek przez 2 godziny montował nasze rowery. Wykonaliśmy próbną jazdę, prezentując tamtejszym mieszkańcom naszą tymczasową nieporadność prowadzenia tych delikatnie przeciążonych dwukołowców. Potem wyruszyliśmy w wyznaczoną trasę śmiejąc się od ucha do ucha.

Decydując się na podróż rowerem, założyliśmy, że nie chcemy pobijać żadnych rekordów, a tymczasem niespodziewanie udało nam się zapisać w historii rowerowych podróży. Nie chodzi o ciężar bagaży, a raczej o długość pokonanej trasy. Udało nam się przejechać 1.7km a potem nastąpiła niespodziewana przerwa.  Powyższy wynik nie jest rezulatem braku hartu ducha, czy zbyt późnym uświadomieniem sobie, że wolimy bardziej komfortowy sposób podróżowania. Przemierzony dystans to raczej zderzenie się z brazylijską rzeczywistością a dokładnie z jedną jej stroną – tą niezbyt miłą.

W biały dzień, przy ruchliwej ulicy, z przechodniami tuż obok, napadło na nas czterech Brazylijczyków. Jeden z przodu na rozpadającym się rowerze zablokował Wojtka, drugi złapał za mój rower i jeszcze dwóch dzielnie wspierało poprzednich. Wyciągnęli mi portfel z kieszeni spodni, a Wojtkowi wytargnęli rower dopiero, gdy jeden z nich wykonał ruch, jakby sięgał po broń. Zapakowali się na nasze rowery, porzucając swoje i odjechali w tylko sobie znanym kierunku. A my staliśmy na ulicy niedowierzając temu, co się stało: nasz pierwszy dzień wymarzonej podróży, nasze “doskonałe” rowery, nasze wszystko zniknęło w przeciągu kilku sekund.

Mieszkańcy przydrożnych domów, którzy nawiasem mówiąc przyglądali się całej sytuacji, w końcu postanowili zareagować i zaoferowali nam powiadomienie policji. Trudno było oprzeć się tej pomocy, bo co tu robić, gdy zostało się tylko w tym, co na sobie, w miejscowości, o której nie wie sie prawie nic. Czekaliśmy z niecierpliwością na stóży prawa, którzy po 40 minutach wciąż się nie pojawiali, mając najwyraźniej na głowie ważniejsze sprawy niż para “już – byłych” rowerzystów. Nie czuliśmy się zbyt komfortowo w dzielnicy, w której nas napadnięto, więc postanowiliśmy wrócić do miasta, by tam szukać dalszej pomocy. Przystanęliśmy pod sklepem, gdzie jeszcze niedawno kupowaliśmy prowiant, i poprosiliśmy o ponowne powiadomienie policji. W mig staliśmy się małą atrakcją turystyczną, ludzie podchodzili, patrzyli z politowaniem i pytali “Tudo?”  a my odpowiadaliśmy “Tudo” – czyli wszystko, zabrali nam wszystko. “Wszystko”, jak to zwykle bywa, było nieco wyolbrzymione. Mieliśmy w końcu jeszcze coś z naszsego sprzętu rowerowego, a mianowicie  kaski i rękawiczki, a z naszego sprzętu kampingowego został nam nóż Petzla, którego Wojtek wrzucił do kieszeni po otwarciu pudeł z rowerami. Jego wielkie kieszenie na szczęście ocaliły także inne rzeczy, jak: telefon, jego paszport, książeczkę szczepień a także… kartę kredytową. To właśnie dzieki niej nie musieliśmy wracać do Europy pierwszym samolotem i wciąż tutaj jesteśmy.

Po dłuższym czasie bezowocnego oczekiwania na policję w końcu pojawił się nasz anioł stróż, a raczej anielica, w postaci Isamandy. Wreszcie wypowiadane do nas słowa zaczęły nabierać znaczenia i tak przy pomocy mieszanki angielsko-hiszpańskiej zostaliśmy zabrani z ulicy i przygarnięci do jej domu. Cała jej rodzina ugościła nas w swoich czterech kątach, udzielając nie tylko mentalnego pocieszenia w tej absurdalnej sytuacji, ale także oferując łóżko i ubrania na zmianę. Wykonano również parę telefonów, by spróbować odzyskać mój paszport. Niestety okazało się, że na zwrot dokumentu nie mam co liczyć, gdyż został wyrzucony do morza i w ten sposób nieunikniona jest wizyta w konsulacie w Sao Paolo. W międzyczasie Isamanda zabrała nas na komisariat, gdzie przez któtką chwilę mogłam telefonicznie porozmawiać z konsulem. Niestety nie udało mi się dokończyć rozmowy, gdyż fundusze tamtejszej policji okazują się być znacznie niższe od naszej i ucięto mi w połowie zdania. Następnie zaproszono nas do pokoju, gdzie pan swoją tożsamość policyjną potwierdził nie legitymacją, ale bronią, którą ostentacyjnie wyciągnął zza pazuchy i położył na biurku. W końcu zabrał się do spisywania raportu, umilając sobie czas żarcikami, których nie rozumieliśmy. Nie było nam do śmiechu, więc z ulgą opuściliśmy to miejsce, trzymając w ręku prawie 3 stronicowy raport kradzieży. Następnego dnia rodzice Isy zabrali nas do polskiego konsulatu w Sao Paolo. Naprawdę jesteśmy ogromnie wdzięczni za ich pomoc, nie wiem, co byśmy bez nich zrobili, prawdopodobnie wciąż bylibyśmy w Sao Vicente, zastanawiając się, jak wybrnąć z tej sytuacji.

Pracownicy konsulatu byli bardzo mili i pomocni. Już po godzinie trzymałam w ręku tymczasowy paszport, jak również otrzymaliśmy mapy, na których zakreślono bezpieczne ulice w tym mieście o złej sławie .
Mimo tego wszystkiego, co się stało, byliśmy pewni, że nie chcemy jeszcze wracać do domu, że nie oddamy tak łatwo naszego marzenia. Byliśmy zdeterminowani kontynuować podróż, potrzebowaliśmy tylko odpowiedniego miejsca, gdzie czulibyśmy się bezpiecznie i gdzie spokojnie moglibyśmy się zastanowić co dalej.
Sao Paolo zdecydowanie nie było tym miejscem… Jest to ogromne miasto, o którym nie wiedzieliśmy nic i do którego nie chcieliśmy jechać. Znaleźliśmy się tutaj wbrew naszej woli i musieliśmy sobie jakoś poradzić. Przez ponad dwie godziny bez skutku szukaliśmy kafejki internetowej, co potęgowało uczucie zmęczenia i frustracji własną bezsilnością. Wydawałoby się, że “internet cafe” to międzynarodowy zwrot, niestety myliliśmy się. Mimo prób wypowiedzenia tego magicznego zaklęcia na każdy możliwy sposób, wciąż tkwiliśmy w tym samym miejscu. Dopiero w muzeum języka portugalskiego udało nam się znaleźć osobę mówiącą po angielsku, która wyjaśniła nam, że w Brazylii na kafejkę internetową mówi się nie inaczej jak: LAN House. LAN House??? Naprawdę???!!! I tak już po pięciu minutach siedzieliśmy przed ekranem łapczywie łowiąc informacje.

Postanowiliśmy pojechać do Kurytyby, stolicy stanu Parana. Wybraliśmy to miejsce z kilku powodów: po pierwsze było na naszej wcześniejszej trasie, po drugie jest ono znacznie mniejsze od Sao Paolo, ale na tyle duże, by móc zaopatrzeć się w rzeczy potrzebne do dalszej podróży. Jednakże myślę, że zdecydowaliśmy się tutaj przyjechać przede wszystkim ze względu na fakt, że mieszka tutaj dużo Brazylijczyków polskiego pochodzenia. W ówczesnej chwili potrzebowaliśmy czegoś, co znamy a jednocześnie mieliśmy wrażenie, że językowo będzie nam tutaj łatwiej. Po pięciu godzinach spędzonych na dworcu w Sao Paulo złapaliśmy nocny autobus i wczesnym rankiem pojawiliśmy się w Kurytybie.

————————–

W Kurytybie, jak przystało na dzieci wychowane w dobie informacji, nasze pierwsze kroki skierwaliśmy do kafejki internetowej. Tak, internet nas nie okłamie, internet nas uratuje.
Zdecydowaliśmy się skontaktować z miejscowymi rowerzystami a z pomocą przyszły nam Warmshowers.org. Jest to portal społecznościowy, coś na kształt couchsurfing’u tylko, że dedykowany cyklistom. Wystarczy znaleźć osobę w danyn regionie i poprosić o udzielenie noclegu, “shower” czyli przysznic jest tu kluczowym słowem, bo po przemierzeniu wielu kilometrów nic tak nie regeneruje jak ciepła kąpiel. W Kurytybie znaleźliśmy kilku zarejestrowanych użytkowników i to do nich zwróciliśmy się o pomoc. Chcieliśmy zdobyć kilka informacji odnośnie sklepów rowerowych i możliwości zakupu ekwipunku. Któż inny miałby nam pomóc jak nie doświadczeni pasjonaci rowerowi.
Nie pomyliliśmy się – 10 minut po rozesłaniu mejli, w których opowiedzieliśmy naszą przygodę, rozdzwonił się telefon i potoczyła się fala pomocy. Tego samego wieczoru odbyła się “narada wojenna” i nagle plan podróży na rowerach znów stawał się realny. Siedzieliśmy przy stole z otwartymi buziami niedowierzając temu, co zaczęło się dziać, a to dopiero był początek

narada_wojenna

Narada Wojenna

Kurytybiańska Rowerowa Akcja Humanitarna dla “dois poloneses” zaczęła się rozkręcać a jej rozmiar przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Jeszcze kilka godzin wcześniej czuliśmy się totalnie wyobcowani w tym wielkim kraju, a potem na własnej skórze zaczeliśmy doświadczać, że tak naprawdę nigdy nie jest się samym i że zawsze znajdą się ludzie, którzy wyciągną pomocną dłoń bez zbędnej pompatyczności, z lekkim przymrużeniem oka i przy kilku browarach na stole.
I tak już w pierwszy wieczór skosztowaliśmy jednych z najlepszych kanapek z żeberkami, jak również poznaliśmy tajemniczy system zamawiania piwa – tutaj ostrzeżenie dla podróżujących: nie należy bezmyślnie przkładać zakrętek od pojemnika, w którym umieszczona jest butelka, gdyż może to skutkować zaskakującą ilością wypitego browaru.
Jednakże wieczór ten nie minął tylko na konsumpcji, ale zakończył się wieściami, że z wielu stron napływają części rowerowe i jest realna szansa zmontowania nowych “maszyn”. Byliśmy onieśmieleni i jednocześnie uradowani.

Na noc zaprosił nas do siebie Luiz, u którego niespodziewanie zostaliśmy do końca naszego jedenastodniowego pobytu w Kurytybie. Luiz to “stary wyga” rowerowy, w jego mieszkaniu ściana salonu pełna jest fotografii z różnych wypraw, które odbył wraz z grupą przyjaciół z www.odois.org. Na liście jego rowerowych trofeów między innymi znajduje się słynny szlak pielgrzymkowy Santiago de Compostela w Hiszpanii. Coś, czym my nie możemy się pochwalić, chociaż mieszkamy znacznie bliżej tego miejsca niż on. Luiz jest osobą, która łączy tak odległe rzeczy jak medytacja vipassana i punk rock, fotografię, kolarstwo, bycie komputerowym “geekiem” i masażystą. To on był jednym z głównych koordynatorów i inicjatorów różnych pomysłów, dzięki którym nasz drugi etap rowerowej podrózy stał się możliwy. Mamy nadzieję że polska inwazja jego domu, zagarnięcie sypialni, urządzenie u niego składziku rzeczy nie zniechęciły go do przyjmowania nowych, nieznanych gości (tym bardziej z Polski). Trudno nam opisać naszą wdzięczność dla Luiza, dla jego zaangażowania i anielskiej cierpliwości.

Poniżej przedstawiamy przebieg “Kurytybiańskiej Rowerowej Akcji Humanitarnej” (KRAH).

Środa – 13.03
Spotkaliśmy się z częścią kurytybiańskiej społeczności rowerowej i na nowo przekonaliśmy się o sile internetu: wieści o naszej przygodzie zaczęly krążyć wśród lokalnych a wraz z nimi otwierały się nowe możliwości. W tym dniu w informacji turystycznej poznaliśmy również przypadkowo Alicję i Tomka, z którymi spędziliśmy większość dnia. Nie ma jak polskie towarzystwo w “polskim” mieście :)

Czwartek – 14.03
Zaczęliśmy od wizyty w Bicicletaria Cultural – niesamowitego miejsca, gdzie nie tylko można zgłębiać mechaniczne tajemnice roweru, ale również gdzie spotykają się ludzie różnych narodowości  i z różnych środowisk kulturalnych. Organizowane są tutaj liczne spotkania i warsztaty, jak na przykład: projekcje filmów połączone z dyskusją, kursy językowe, warsztaty naturalnego rodzenia, itp., itd. Zostaliśmy nawet zaproszeni na wykład z fizyki kwanotwej prowadzony w języku portugalsku -  pojawiliśmy się tam tylko na chwilę, gdyż portugalski i fizyka kwantowa okazały się być połączeniem zbyt ambitnym. Dla nas Bicicletaria to miejsce, które zdecydowanie warto odwiedzić, będąc w Kurytybie – ono naprawdę przyciąga swoją niesamowitą atmosferą.
Fernando i Patrycja, którzy prowadzą Biciletarię, udzielili nam kąta, gdzie swobodnie mogliśmy skupić się na montowaniu rowerów i gdzie spędziliśmy wiekszość czasu podczas pobytu w Kurytybie. Ci ludzie należą do tych nielicznych typów, wśród których od razu można poczuć się swobodnie i których ma się wrażenie, że zna się od dawna. Dla nas nie było to tylko miejsce do montowania rowerów, ale także centrum poznania różnych ludzi, którzy zawsze chętnie wymienią chociaż parę słów nieważne w jakim języku.

Bicicletaria Cultural

Bicicletaria Cultural

Wieczór był momentem oddechu od pogoni za rowerami, Zasiedliśmy w przytulnej knajpie, zgłębialiśmy nowo poznanych ludzi i oczywiście smakowaliśmy ich przepyszne jedzenie.

Poznaliśmy również bliżej Rafaela, który zapwne urodził się siedząc na rowerze, nie jestem jednak pewna na jakiego rodzaju: górskim, “ostrym kole”, szosowym czy innym. Wydaje się, że rower jest przedłużeniem jego ciała, trzeba to zobaczyć, by zrozumieć, o co mi chodzi. Rafael nie usiedzi przysłowiowych pięć minut – chyba, że ma pod sobą siodełko rowerowe. Dzięki niemu zaczęliśmy odkrywać istnienie podziału społeczności rowerowej na tych, co jeżdżą na rowerach górskich i tych, co uznają głównie ostre koło. Zaciekawiła nas ta bezkrwawa wojna między tymi dwoma grupami, wojna pełna żartów, dogryzań, przypieczętowywana szczerymi uściskami. Pasja Rafaela do dwukołowców wszelkiej maści sprawia, że łączy on na swój sposób te dwa światki kurytybiańskich rowerzystów.

Społeczość ostrokołowców to nie tylko rowery bez przerzutek, to także pewien styl ubierania i odpowiednia doza szaleństwa. To opanowanie innej formy jazdy i przemykanie ulicami miasta bez hamulców.

Nie było mowy o zakończeniu wieczoru zbyt wcześnie, bo na arenie pojawił się Victor -  brzytwa inteligencji oraz pierwszy poznany czystej rasy ostrokołowiec. Victor wprowadził nas w nocne życie w Kurytybie a potem przygarnął na jedną noc a dokładnie na tą resztkę, która z niej została.

Piątek – 15.03

Rano, o ile tak można nazwać godzinę dwunastą, zostaliśmy przedstawieni całej rodzinie Victora i zasiedliśmy do wspólnego obiadu. Czas mijał szybko na wspólnej rozmowie, którą kontynuowaliśmy z naszym miłym gospodarzem, przetaczając się przez ulice miasta w oczekiwaniu na wieczorne spotkanie, które okazało się być dla nas przełomowym momentem. Na placu Paço da Liberdade obserwowaliśmy jak z różnych stron zjeżdzają się rowerzyści, wioząc ze sobą liczne części: kółka, hamulce, ramę, przerzutki, łańcuchy, pieniądze, nerki, wątroby… OK, nie było żadnych organów, ale wcale by nas to nie zdziwiło, gdyby były. Dostaliśmy także ubrania, namiot, trochę rzeczy campingowych. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co się działo, a góra rzeczy wciąż rosła. Teraz nie było już odwrotu, teraz musieliśmy zmontować rowery i wyruszyć w dalszą drogę, to wszystko nie mogło pójść na marne.

na_placu

Paço da Liberdade

fixed

Paço da Liberdade

Sobota – Niedziela 16-17.03
W tych dniach korzystaliśmy z gościnności rodziny Luiza. Ponownie spotkaliśmy się z niesamowitą życzliwością wszystkich ich członków, a także dalej zgłębialiśmy tajniki kuchni brazylijskiej. Śmialiśmy się, że jak tak dalej pójdzie, to przy takiej ilości smakołyków nie uda nam się ponownie wsiąść na rower. Mama Luiza to zaklinaczka kuchi, w mgnieniu oka wyczarowywała nowe cuda kulinarne, więc przyjemnością było przypatrywać się, jak finezyjnie porusza się po swoim królestwie. Poznaliśmy także Eduardo, brata Luiza i oddanego członka grupy odois.org.
W tym czasie narodziła się Franchesca – mój nowy rower – a raczej jej zaczątki. Została tak mianowana, gdyż niewątpliwie wśród jej przodków odkrylibyśmy Frankensteina. Zrodziła się z licznych części nam podarowanych i swoją odmiennością ujęła wszystkich. Tak oto byliśmy o jeden rower do przodu.

montowanie_roweru

Zaczątki Naszych Rowerów

W niedzielę wybraliśmy się na zwiedzanie okolicznych górek a tak naprawdę wylądowaliśmy w magicznym lesie. Nie da się tego inaczej ująć, bo jak wytłumaczyć spotkanie z “Jezusem” – znajomym Eduarda i Luiza, który wskazał ścieżkę do żyącego na uboczu krawca Tommiego. Odwiedziliśmy go i tak z lasu przynieśliśmy parę podarowanych sakw rowerowych i parę nowych zakupionych po dobrej cenie. To BYŁ magiczny las!

Poniedziałek – Środa 18-20.03
Nawet nie wiemy, kiedy minęły te dni. Wstawaliśmy rano i pędziliśmy do Bicicletarii, gdzie Wojtek przygotowywał Franchescę do jej nowej podróży i gromadził części do swojej maszyny. W międzyczasie z pomocą Fernanda trafiliśmy do lokalnego sklepu rowerowego Agencia Bicicleta. Byliśmy trochę onieśmieleni ze względu na naszą nikłą znajomość portugalskiego i obawialiśmy się, że zakup części może okazać się nie lada wyzwaniem. A tu znowu spotkała nas miła niespodzianka w postaci Vivienne tam pracującej ze świętną znajomością języka angielskiego. Z anielską cierpliwością znosiła nasze liczne wizyty i tłumaczyła obsłudze, czego dokładnie potrzebujemy. Niespodziewanie cały sklep zaangażował się w nasze montowanie rowerów. Służyli radą, czasami biegali do innego sklepu, gdy czegoś u nich brakowało, darowali niektóre części, udzielali rabatu, nawet ich mechanicy włączyli się do akcji, gdy okazywało się, że nasz warsztat jest niewystarczający.

assembling_bikes2

W Ferworze Pracy

Wieczorem mieliśmy okazję zobaczyć, co jeszcze można zrobić na ostrym kole – najwyraźniej zamienianie go na placu w jeżdżący fajerwerk i jazda do tyłu to za mało. Tak więc wzięliśmy udział w sesji treningowej rowerowego polo: nogi na pedałach – i uwaga, bo jest kara za dotknięcie stopą ziemi – oraz kij polo w ręku. Łatwizna? Niezupełnie. Kiedy ja doskonaliłam uderzenia kijem, Wojtek starał się ujarzmić rower, niestety nie udało nam się połączyć tych dwóch rzeczy na raz. W przeciwieństwie do nas chłopcy z gracją przemierzali boisko bez utraty równowagi prezentując sobą czysty akt finezji…. Niestety nie dla policjantów, którzy niespodziewanie pojawili się przed nami i rozpoczęli akcję poszukiwania narkotyków. My, nieprzywykli do lokalnych zwyczajów, z zaszokowaniem patrzyliśmy na stróży prawa wyskakujących z wozu z bronią gotową do użytku i na naszych znajomych, którzy bez sprzeciwu, automatycznie kładą ręce na głowach. Oczywiście pospiesznie zrobiliśmy to samo, jednakże ja nie mogłam przestać myśleć o tym, gdzie byli ci brawurowi policjanci, kiedy skradziono nam rowery kilka dni wcześcniej.

Czwartek – Sobota 21-23.03

Nastąpił wyścig z czasem, bardzo chcieliśmy w niedzielę wyruszyć w dalszą drogę. Miasto nie jest naszym żywiołem, więc pragnęliśmy się już z niego wyrwać. Franchesca była już gotowa, jednakże rower Wojtka wciąż znajdował się w totalnej rozsypce – brakowało kilku istotnych części.

I tutaj nastąpiła kolejna niespodzianka: z inicjatywy Thais, Luiza i Eduardo rozpoczęła się akcja zbierania funduszy. Była to kolacja w jednej z kurytybiańskich restauracji (tzw churrascaria), na której pojawiła się cała zgraja ludzi chcących nas wesprzeć. Ci, którzy  nie mogli się zjawić osobiście, ale zdecydowali się nam pomóc, wpłacili drobne sumy na konto bankowe. Po kolacji chłopcy z odois.org przeprowadzili małą aukcję, na której zlicytowali parę gadżetów. Dodatkowo menadżer restauracji zgodził się na pokrycie kosztów mojej kolacji.. Tego samego wieczoru Michał, urodzony w Polsce chłopak, którego poznaliśmy dzień wcześniej w Bicicletaria Cultural, przywiózł nam rower. Niestety okazało się, że nie jest on odpowiedni do naszej podróży, więc przekazaliśmy go w ręce Fernando z Bicicletarii.

Zasięg całej tej inicjatywy bardzo nas onieśmielił, to wszystko naprawdę nie mieściło się nam w głowach. Ta druga strona brazylijskiej rzeczywistości znacznie przeważyła tą, z którą spotkaliśmy się w naszym pierwszym dniu. Oczywiście przeszło nam przez myśl, że chłopaki po prostu chcą się nas jak najszybciej pozbyć z Kurytyby ;).

flyer

Kolacja – Churrascaria – Ulotka

churrascaria2

Churrascaria

Piątek i sobota przeleciały nam na gorączkowym przygotowywaniu się do drogi. Za zebrane pieniądze zakupiliśmy brakujące części i w końcu narodził się Salvadore – rower Wojtka. Został tak nazwany na cześć kurytybiańskiego artysty, który był stałym bywalcem Bicicletarii i z wyglądu przypominał słynnego malarza.

W sobotę ostatnia wizyta w Agencia Bicicleta, aby odebrać naprędce montowane koło i dokupić parę innych potrzebnych drobiazgów. Potem nastąpił czas pożegnań i życzeń szerokiej drogi.

W Biciletarii tuż przed zamknięciem w pośpiechu dopinaliśmy wszystko na ostatni guzik, a przy okazji daliśmy ujście naszym artystycznym zapędom i udekorowaliśmy rowery według własnego uznania. W końcu po tylu dniach przygotowań i oczekiwań wyjechaliśmy z Bicicletarii każdy na swoim rowerze – byliśmy szczęśliwi.

last_days

Ostatnie Dociągnięcia

Ostatni wieczór spędziliśmy na planowaniu trasy wraz z Eduarden i João, którzy okazali się niezwykłą skarbnicą informacji.

Niedziela 24.03
W końcu nadszedł dzień oczekiwanego wyjazdu. W towarzystwie niestrudzonego Luiza i Rafaela oraz kilku ich znajomych wyruszyliśmy w kierunku Foz do Iguaçu. Chłopcy towarzyszyli nam przez pierwsze 50km a potem rozjechały się nasze drogi – my popedałowaliśmyt przed siebie a oni popędzili do swoich domów.

w_drodze

Nasza Eskorta z Kurytyby

Luiz_Rafael

Czas Pożegnania (od lewej: Luiz, Rafael)

Pierwszy rozdział kurytybiańskiej opowieści został zamknięty, mamy jednak przeczucie, że będzie następny. Chcemy tam wrócić, spotkać ponownie tych niesamowitych ludzi i podzielić się z nimi naszymi wrażeniami z podróży, Obiecaliśmy im to a my dotrzymujemy słowa.

Ten drugi etap naszej podróży nigdy by się nie odbył, gdyby nie ludzie z Kurytyby, ci szaleni w pozytywny sposób, zapaleni cykliści, ich rodziny i znajomi. Dziękujemy Wam bardzo i do zobaczenia. Czegoś takiego się nie zapomina.

Pisanie tego posta zajęło nam wiele godzin. Chcieliśmy opisać historię naszego niefortunnego początku oraz jedenastu dni spędzonych w Kurytybie w miarę skrótowo, trochę dokumentalnie, nie wgłębiając się za bardzo w szczegóły. Chyba nie do końca nam się to udało: co jakiś czas przypominaliśmy sobie różne momenty, które chcieliśmy utrwalić w tym poście i w ten sposób to, co miało być króŧkie, rozrosło się do poważniejszych rozmiarów. Jednocześnie mamy świadomość, że ten wpis wciąż jest zbyt ogólny, że pominęliśmy tyle innych ważnych momentów, że nie wspomnieliśmy tylu innych napotkanych osób.

4 Responses to Najkrótsza wyprawa rowerowa w historii???

  1. Aneta says:

    Aga, szok… czytając zdążyłam się zdenerwować, popłakać i pośmiać :)

  2. Gosia says:

    Agu, trzymamy za Was! Byle do przodu :)

  3. Mania says:

    Spełniajcie dalej swoje marzenie! Jesteśmy z Wami i czekamy na dalszą relację Waszej podróży;-*

  4. ola says:

    jak tam Aguś czujesz jeszcze tyłek :) właśnie znalazłam na internecie zdjęcia tej trasy zjazdowej serra rio rastro, super widoki i dreszczyk emocji na pewno był.
    Właśnie siedzimy z Zofia w domku bo weekend majowy miał być słoneczny i upalny no i pogodzie nie wyszło najwidoczniej. Zosia jak wieczorem ktoś dzwoni na domofon to mówi ‘aga idzie’ tak jej się wryły w psychę nasze wieczorki filmowe :)
    no i chyba tyle twoja mama mi przekazała żebym napisała trochę więcej niż jedno zdanie, więc już chyba zaszalałam – pięć zdań :)
    masz pozdrowienia od wszystkich i trzymamy za was kciuki, a jak chcieliście pomóc biednym to trzeba było przesłać datek a nie rozdawać od razu rowery i bagaże-dobroczyńcy z was :) buziaki od Zosi i jeszcze się odezwę na maila

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

"Life is like a 21 speed bicycle-most of us have gears we never use"