Pożegnanie z Brazylią

Pożegnaliśmy już Brazylię, czy na zawsze, to się jeszcze okaże. Z podróżowania po tym wielkim kraju zostały nam miłe wspomnienia i pojedyncze słówka, które mimo przekroczenia granicy, nie chcą ustąpić miejsca tym hiszpańskim. Przyjechałam tutaj z „muchas gracias,” prawie przez całą Brazylię dziękowałam mieszkańcom tym zwrotem, a teraz, gdy chcę wyrazić wdzięczność z moich ust automatycznie płynie „muito obrigada”. Często zaskakują mnie moje zdolności językowe i chyba stworzyłam polską wersje Portuñol’a (mieszanki portugalskiego i hiszpańskiego, którą zazwyczaj porozumiewają się użytkownicy tych dwóch języków). Nie za bardzo się tym przejmuję, jak na razie najważniejsze jest być zrozumianym, na nauczenie się pięknego, literackiego hiszpańskiego mam jeszcze kilka państw do przejechania.

Wracając do Brazylii, przyjechaliśmy tutaj mając pewne wyobrażenie odnośnie tego wielkiego kraju. Wiedzieliśmy o karnawale, po głowie kołatał się obraz typowego Brazylijczyka, słyszeliśmy o przemocy, narkotykach, favelach i innych problemach. Spodziewaliśmy się egzotycznych widoków, jedzenia, przyrody jakiej nie doświadczyliśmy dotychczas.

A potem pojawiliśmy się w tym kraju i nasze wyobrażenie o nim znacznie się zmieniło. Wiedzieliśmy, że jest to ogromne państwo, wystarczy przecież spojrzeć na mapę, jednakże dopiero będąc „w środku” zaczęłam empiricznie odczuwać jego wielkość.  Jeden kraj kryjący w sobie miliony tajemnic, różnic, kultur, raczej nie do ogarnięcia. Spędziliśmy w jego granicach około 3 miesięcy i mimo że trochę widziałam, że trochę przeżyłam, to mam wrażenie, że o tym kraju tak naprawdę nie wiem nic.

Południe Brazylii zaskoczyło nas przede wszystkim swoją europejskością, spotkaliśmy bardzo dużo osób, których korzenie sięgają Niemiec, Włoch, Polski, Ukrainy. Tak naprawdę można tu znaleźć przedstawiciela każdej nacji, jednakże zdecydowanie przeważają emigranci pochodzenia europejskiego. Nasze doświadczenie z tym zjawiskiem rozpoczęło się w Kurytybie, gdzie wiele osób prezentowało się nazwiskiem zakończonym na „-ski”. Z różnych stron słyszeliśmy: „Mój dziadek był Polakiem, ja wprawdzie nie mówię po polsku, ale moja babcia wciąż posługuje się tym językiem“. Wiele osób znało takie polskie słowa jak święconka wielkanocna (nieźle nas to zaskoczyło), jak również Tadeu pierogi (spopularyzowana brazylijska wariacja na temat ruskich pierogów – zamiast sera białego, tamtejsza ricotta).

Później nasze rowerowanie zawiodło nas do Witmarsum – malutkiej wioski, gdzie każdy zna każdego. By znaleźć naszego gospodarza musieliśmy pytać o wskazówki napotkanych mieszkańców. I tak gdzieś w Brazylii, w zagubionej, miniaturowej wiosce rozległ się dookoła nas język niemiecki. Było to dla nas dosyć abstrakcyjne uczucie, zastanawialiśmy się nawet, czy na pewno wciąz jesteśmy w Brazylii. Jak się okazało nie zostaliśmy potajemnie przewiezieni do Niemiec, po prostu znaleźliśmy się w wiosce Manoitów, gdzie język i tradycje przodków są wciąż kultywowane. Ułyszeliśmy również, że na naszej drodze jeszcze nie raz napotkamy miejsca, gdzie europejskie języki są wciąż na porządku dziennym. Bardzo chciałam spotkać ludzi mówiących po polsku, chciałam przekonać się na własne „uszy”, jak może on brzmieć, jak wyewoluował poza granicami naszego kraju. Niestety nie mieliśmy szczęścia, za każdym razem okazywało się, że albo jesteśmy kilka kilometrów za albo przed miejscem, gdzie potencjalnie mogą mieszkać ludzie posługujący się naszą mową.

Odnośnie tajemniczej – jak dla nas – obecności europejczyków w Brazylii dowiedzieliśmy się tyle, że: dawno, dawno temu, ale nie przed zaraniem dziejów, na przełomie XIX / XX wieku rząd brazylisjki zadecydował, że na Południe należy sprowadzić ludy Europy.  Nie chcieli powierzyć ziemi rdzennym mieszkańcom ani wyzwolonym czarnym niewolnikom, którzy byli potrzebni do pracy na północnych plantacjach. Rząd brazylijski wystosował odzew do mieszkańców Europy, zapraszając ich do osiedlenia się w kraju, mamiąc perspektywą żyznych ziem i niekończących się możliwości. Liczni odpowiedzieli na apel. Jak źle musiało wyglądać ich życie w Europie, że zdecydowali się na wyprawę na inny kontynent, na ziemię, o których nie wiedzieli nic. Jak widzieliśmy w jednym muzeum, przywieźli ze sobą rzeczy, które były konieczne do przetrwania w ich poprzednim środowisku. Zauważyliśmy kożuchy, liczne pierzyny chroniące przed srogą zimą, zabrane  do Brazylii, gdzie śnieg jest zjawiskiem na tyle rzadkim, że jak się pojawia, to w mig staje się atrakcją turystyczną. Ich wioski były kopiami tych, w których mieszkali wcześniej, jedyne, co się róźniło to klimat i wszystko, co z tym związane. Na zasadzie prób i błędów uczyli się o otaczającej przyrodzie, co można zjeść, a czego lepiej unikać, czym nakarmić zwierzęta i tak krok po kroku dostosowywali środowisko do znanych sobie standardów. Na ziemii brazylijskiej stworzyli swoją małą Europę a tradycje ich dziadków są wciąż żywe. Mimo że zazwyczaj młode pokolenie nie mówi już językiem swoich przodków, wciąż identyfikuje się z miejscem ich pochodzenia. Słyszeliśmy jestem Niemcem, jestem ¼ Polką, ¼ Włochem i tak dalej…

Doświadczenie Południa pokazało nam, że nie ma czegoś takiego (przynajmniej w tym regionie) jak „typowy Brazylijczyk”. Ludzie tutaj tak się mieszają ze sobą, że wygląd nie zdradza twojego pochodzenia – każdy może być Brazylijczykiem – wszystko się zmienia, gdy otworzysz buzię i zaczynasz mówić, wtedy pojawiają się pytania natury geograficznej. Miałam trochę wrażenie, że oto powstało społeczeństwo, w którym zatraciło się znaczenie pochodzenia i którzy chętnie łączą różne tradycje i kultury. Do idealnego wizerunku społeczności otwartej na ludzi wszelkiej maści brakowało mi tylko zbalansowanej obecności osób pochodzenia afrykańskiego, jak również rdzennych mieszkańców.  Owszem po drodze mijaliśmy miejsca, gdzie z tablic krzyczały do nas ostrzeżenia  o pojawieniu się na ziemi Indian. Widzieliśmy ich nielicznych przedstawicieli sprzedających własne wyroby przy drodze, jednakże w miastach ich obecność była naprawdę znikoma. Ludzie mieszają się, ale mam wrażenie, że odbywa się to głównie między Europejczykami.

W tym całym tyglu wymieszały się również smaki różnych krajów i mieliśmy z tego niezłą uciechę. Jedzenie w Brazylii od pierwszego dnia podbiło nasze serca, wszystko było smaczne i co chwila padały słowa to jest najlepsza / najlepszy X, jaką jadłem / jadłam do tej pory. Brazylia jest krajem mięsożerców i mam wrażenie, że warzywa tutaj są trochę dyskryminowane. Jednym z ciekawszych kulinarnych wydarzeń, było pojawienie się w churrascarii  – w restauracji gdzie serwują grillowane mięso. Zaczyna się od bufetu, gdzie na talerz ładujesz sobie przystawki, wracasz do stołu i zaczyna się zabawa. Co jakieś kilka minut przybiega pan z nożem w jednym ręku i rożnem, na którym nabite jest mięso, w drugiej. Staje obok ciebie i pyta, czy masz ochotę, jeśli tak, to odkrawa ci kawałek i znika. I tak, co chwilę, jeszcze nie zdążyłeś przełknąć zawartości widelca a obok ciebie już pojawia się jakaś inna część zwierzęcia, świeżo zgrilowana. Zdecydowanie nie jest to miejsce dla wegetarianina – nigdy w życiu nie widziałam takiej ilości mięsa, pojawiającej się i znikającej z taką prędkościa, nie wiedziałam, że tyle rodzajów mięsa w ogóle istnieje. Taką ucztą można się delektować cały wieczór, bo nie ma ograniczeń czasowych okupowania stolika.  Po pierwszej wizycie myśleliśmy, że umrzemy z przejedzenia – błąd początkujących churrascariowiczów – za szybko i za dużo, jak się okazało nawet jedzenie brazylijskego grilla wymaga pewnych umiejętności. W czasie drugiej wizyty znaliśmy już reguły gry, więc i uczta przeciągała się w nieskończoność.

Zostaliśmy również fanami brazylijskiego bufetu livre, czyli za pewną opłatą jesz tyle, ile tylko dasz radę. Zazwyczaj jest on serwowany między 12.00 a 14.00 i cieszy się dużą popularnością. Zawsze obecny jest ryż, jak i czarna fasola w sosie własnym (feijão), często pojawia się również feijoada, czyli potrawka fasolowa z różnymi kawałkami mięsa. Jak dla mnie smakuje to wybornie, w szczególności po przepedałowaniu kilkudziesięciu kilometrów. Posiłek nie kończy się na ryżu i fasoli, dorzucasz do tego makaron z sosem, trochę mięsa, jak i gamę sałat (to raczej na uspokojenie sumienia zmartwionego brakiem składników uważanych za zdrowe). Opiekany banan zostawiasz na koniec, by w pełni cieszyć się jego smakiem. Na początku nie mogłam się do niego przekonać, ale potem strzelałam błyskawicami z oczu, gdy nie mogłąm go dostać. Taki typowy posiłek okrasza się również farofą (prażoną mąką z manioku), która ma pomagać w jego trawieniu. Generalnie maniok to taki tutejszy ziemniak: jego się gotuje, smaży, ale również używa się do deseru, na który zawsze  zostawiam sobie miejsce. Maniokowy deser to drobne kuleczki w słodkim sosie, gdy spróbowałam tego po raz pierwszy, byłam przekonana, że jem jakieś tutejsze, egzotyczne owoce – jak widać człowiek się uczy całe życie. Zazwyczaj podaje się również mamão czyli papaję (serwowana jest na śniadanie albo w czasie lunchu), na początku Wojtek wziął jej pestki za drobinki czekolady, szybko się jednak przekonał, że tą część lepiej zostawić na talerzu.

W południowej części Brazylii spotkaliśmy się  z jedzeniem, które było nam raczej znane. Nie było wielkiego zaskoczenia (podobno na północy jest inaczej), co jednak nie zmienia faktu, że jedzenie tutaj jest wyborne. Wszystko ma swój wyrazisty smak i nie trzeba dużej ilości przypraw by wyczarować coś smacznego. Jak dla mnie widać tu wpływy kuchni włoskiej i niemieckiej, z lokalnymi akcentami jak feijoada (dawna potrawa niewolników – wrzuć do garnka, co masz pod ręką), maniok, avocado spożywane głównie na słodko (wersja słona jest wręcz niedopuszczalna), owoce i zapewne inne rzeczy, o których nie mamy pojęcia.

To, co mnie jednak tutaj zaskoczyło, z czym nie spotkałam się w Europie, to słodka pizza – ciasto takie, jak w „normalnej” tylko dodatki trochę inne: truskawki z ciepłą czekoladą, sorbety w różnych smakach, orzechy w polewie, lentylki, biała czekolada, cokolwiek, co jest słodkie i lubiane może wylądować na pizzy. Na początku nie byłam w stanie tego sprobować, jakoś dziwna wydawała mi się ta kombinacja, ale potem na samą myśl o kawałku słodkiej pizzy cieszyła mi się cała buzia.

Brazylia nie jest tanim państwem, jednakże dla wielu osób jedzenie poza domem jest dostępne i o  określonych godzinach restauracje się zapełniają. Sami nie wiemy, jak to wszystko działa, ale wydaje nam się, że za tą samą kwotę nie kupi się w supermarkecie składników, by przygotować podobny posiłek w domu, nie mówiąc już o czasie spędzonym nad gotowaniem.

Jednym z największych rozczarowań kulinarnych okazała się kawa. Być może jesteśmy przyzywczajeni do innego jej smaku, być może jest tak, jak mówią lokalni, że najlepszą eksporotuje się poza granice kraju. Sami już nie wiemy i bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdyby ktoś odpowiedział nam na pytanie: co z tą kawą w Brazylii?

Jak wiadomo, przyjechaliśmy do Brazylii nie tylko po to, by zadowalać nasze żarłoczne natury, ale również po to, by trochę popedałować wzdłuż i wszerz. Byliśmy świadomi faktu, że kierowcy tutaj nie do końca respektują rowerzystów (czy tak nie jest również i w Polsce?), ale to, co zobaczyłam na własne oczy, trochę mnie przerosło. W Kurytybie, gdzie montowaliśmy nasze nowe rowery (a dokładnie to montował Wojtek) miałam pierwszą okazję przekonać się o miejskiej kulturze rowerowej w tym kraju. Szczerze mówiąc, byłam wdzięczna, że jeszcze nie muszę się poruszać tym pojazdem. Dla mnie to była taka przysłowiowa dżungla – już jako pieszy musisz mieć oczy dookoła głowy, samochody generalnie się nie zatrzymują. Nawet jak jesteś w połowie ulicy, próbują wykorzystać jeszcze te kilka sekund, by prześlizgnąć się tuż przed tobą. A jak poruszasz się na rowerze to generalnie walczysz z mechanicznymi pojazdami na każdym kroku. Mam wrażenie, że tutaj, jak ktoś widzi samochód albo rower, to nie kojarzy go żywą osobą – musisz zacząć dawać znać rękami, by przypomnieć innym, że jesteś człowiekiem i chciałbyś jeszcze chwilę pozostać na tym świecie. Od lokalnych rowerzystów dostaliśmy kilka rad, jak również otrzymaliśmy szkolenie w zakresie manualnych gestów  i tak z czasem posiedliśmy umiejętność poruszania sie po brazylijskich drogach. Nie tylko udało nam się przetrwać, ale również mieliśmy sporą przyjemność z ich przemierzania.

W Brazylii nie ma kolei, więc wszelki transport odbywa się ciężarówkami, to one tutaj rządzą. Ruch jest duży, a prędkość, z jaką potrafią się poruszać, nie raz przyprawiała mnie o zawrót głowy. Czasami były tak załadowane, że miałam wrażenie, że ich zawartość lada chwila wyląduje albo na ziemi albo na mnie. Dodatkowo ciężarówka nie lubi się dzielić miejscem na drodze, nawet gdy drugi pas był pusty, kierowca potrafił przejechać tak blisko, że miałam wrażenie, że za chwilę otrze się o moje ramię a wytworzony wir porwie mnie i roztrzaska o asfalt. Nie było to przyjemne uczucie, dlatego zawsze z radością witaliśmy pobocze, a jak go zabrakło (co nie zdarzało się zbyt często), to jechaliśmy z duszą na ramieniu modląc się o łaskawość kierowców.

O „poszanowaniu“ rowerzystów przekonaliśmy się również w Florianopolis, gdzie, by przedostać się na wyspową część miasta, musieliśmy przekroczyć most – 4 pasy, brak pobocza i samochody pędzące ze znaczną prędkością. Nie dostrzegliśmy żadnej alternatywnej drogi, więc nie pozostało nam nic innego, jak zaryzykować tą przeprawę. Auta trąbiły a my uparcie parliśmy na przód, powtarzając sobie jeszcze trochę i po strachu. W połowie mostu zatrzymał nas policjant i poinformował nas, że tutaj jest zakaz poruszania się na rowerze. Popatrzyliśmy z zaskoczeniem, gdyż nie było ani znaku ani nie widzieliśmy alternatywnej drogi. Jak się okazało pod mostem była dróżka dla pieszych i rowerzystów, szkoda tylko, że nie postawiono żadnej tablicy, by poinformować o tym tubylców z innej krainy. Przytakiwaliśmy policjantowi, wzdychaliśmy nad naszą niewiedzą, myśląc, że pozwoli nam jechać dalej. Niestety dla niego zakaz to zakaz i nie do końca ma znaczenie bezpieczeństwo rowerzysty – w połowie mostu kazał nam zawrócić. Mam wrażenie, że chciał na własne oczy zobaczyć czołowe zderzenie samochodu z rowerem, nie przyprawiłoby mu to więcej pracy, skoro i tak znajdował się na miejscu. To były jedne z tych najdłuższych dziesięciu minut, ocierałam się o krawędź mostu i z wystraszoną miną patrzyłam, czy i tym razem kierowca będzie miał możliwość zmiany pasu i w ten sposób wyminięcia mnie. W końcu, przy złości klaksonów udało nam się zawrócić i odetchnęliśmy z ulgą. Jeszcze raz chcielibyśmy podziękować policjantowi za jego trafną decyzję i danie nam szansy przejechania mostu w ten drugi sposób.

Coraz więcej ludzi dostrzega zalety poruszania się na rowerze, jednakże bezpieczeństwo na drogach a raczej jego brak powoduje, że tylko nieliczni wybierają ten rodzaj transportu. By zmienić tą sytuację organizuje się marsze, domaga się zbudowania dróżek rowerowych, ale przede wszystkim próbuje się przekonać kierowców, że miejsca na drodze wystarczy dla wszystkich (mhm skąd ja to znam…).

Często postrzega się Brazylię jako niebezpieczny kraj i niestety nasz pierwszy dzień niejako potwierdził te obawy. Późniejsze spotkania z ludźmi i ich reakcje na nasze doświadczenie dały nam dużo do myślenia. Okazuje się, że prawie każdy z nich albo przynajmniej raz w życiu został napadnięty z użyciem broni palnej albo zna osobiście kogoś, kto znalazł się w takiej sytuacji. W pewnym momencie miałam wrażenie, że dla mieszkańców większych miast takie doświadczenie jest czymś normalnym i nie wzbudza zbytniego zaskoczenia. Okazuje się również, że w takiej sytuacji jedyną właściwą rzeczą jest spuszczenie głowy i oddanie wszystkiego, o co cię „poproszono“. Nie należy się wdawać w dyskusję, gdyż tutaj najpierw się strzela a potem zadaje pytania. Byłam zaskoczona i starałam się dowiedzieć od lokalnych, co może być przyczyną tego zjawiska. Pierwsze, o czym się wspomina, to powiększająca się przepaść między biednymi a bogatymi, ten kontras bardzo łatwo zauważyć właśnie w dużych miastach. Miejscami, obok rozpadających się domków, piętrzą się piękne budynki, na ulicach mijają się samochody tych lepszych marek z takimi, które sprawiają wrażenie, że lada chwila a rozpadną się na miliony kawałków. Wydaje mi się, że tutaj ci, którym powodzi się lepiej, płacą za swój „lepszy status” życiem w ciągłym poczuciu zagrożenia. Budują piękne domy, i by czuć się w nich bezpiecznie, otaczają je wysokim murem pod napięciem a u wrót do swojej twierdzy stawiają uzbrojonego strażnika. Sami siebie zamykają w złotych klatkach, czasami wydaje mi się, że tutaj lepszy status materialny to tak naprawdę żaden przywilej.

Nieraz słyszeliśmy: nie wyciągaj telefonu, nie pokazuj aparatu, nie idź tutaj, nie rób tego, nie rób tamtego. Taki kodeks postępowania, jak dla mnie taka próba bycia niewidzialnym. Nie jest to miłe uczucie a na horyzoncie nie widać większych zmian. Jak nam mówiono nie każdy chce rozwiązania tego problemu i często wspomina się o wszechpanującej korupcji. Podobno, jak się wstępuje do policji, to automatycznie staje się przed wyborem albo bierzesz łapówki albo giniesz, taka patowa sytuacja, nie wspominając już o fakcie niskiego wynagrodzenia stróży prawa. Wiem, że i w Europie nieraz się słyszy o korupcji, ale mam wrażenie, że generalnie mamy zaufanie do panującego systemu i nie czujemy zagrożenia ze strony władz. Dodatkowym problemem tutaj jest niewspółmierność kary do popełnionego przestępstwa, wyroki nie odstraszają, a skoro nie ma się czego bać to sytuacja się nie zmienia.
Kolejną dosyć powszednią praktyką jest udział nieletnich w popełnianych zbrodniach. Zabiera się ze sobą takiego małolata i w razie aresztowania bierze on całą winę na siebie. Ze względu na swój wiek odsiaduje bądź nie krótki wyrok a reszta płaci jego rodzinie za poświęcenie. Jest to dobrze przemyślany system i działa całkiem sprawnie. Z drugiej strony zła sytuacja materialna sprawia, że niektórzy decydują się przejść na ciemną stronę, by w ten sposób pozyskać środki na leczenie, na zaspokojenie głodu bądź innych podstawowych potrzeb. Mówi się o nich ci „dobrzy“ rabusie, oni ani nie chcą pozbawić cię życia ani nie chcą za twój telefon czy inną rzecz kupić sobie narkotyki, robią to, gdyż sytuacja ich do tego zmusiła. Uważa się, że w Brazylii źródłem „zła” są favele, gdzie mieszkają ci „najbiedniejsi”. W ich rejony nie zapuszczają się nawet policjanci, to jest takie państwo w państwie, które utrzymuje się głównie z handlu narkotyków. Pytanie tylko kto tak naprawdę wspiera tą sytuację, kto tworzy rynek zbytu, kto dba o to, by ten problem nie został rozwiązany?

Brazylia ma wiele twarzy i to poniekąd czyni ją tak niesamowitą, ma swoją ciemną stronę, ale przede wszystkim ma też tą inną, całkiem odmienną. Na naszej drodze spotkaliśmy tylu niesamowitych ludzi. Ich gościnność i życzliwość nieraz nas bardzo zaskoczyły. Zdarzyło nam się, że ktoś z ulicy, tak w przypływie impulsu, zapraszał nas do siebie na noc a potem sam od siebie organizował nam postój u swoich znajomych czy krewnych. Dla nas, obcych sobie osób, otwierali swoje domy i sprawiali, że przez ten krótki czas pobytu u nich czuliśmy się częścią ich rodzin. Razem biesiadowaliśmy przy stole, rozmawialiśmy, dzieliliśmy się doświadczeniami, to były prawdziwe lekcje krajoznawcze, o lepszych nie mogliśmy pomarzyć. Niesamowicie jest doświadczyć takiej bezinteresowności ludzkiej, takich spontanicznych, bliższych kontaktów. Przyjechaliśmy do tego kraju nieznając nikogo a dosyć szybko zostaliśmy włączeni do kręgów znajomych, nagle mieliśmy tutaj „swoich ludzi“ a to bardzo przyjemne uczucie. Do tej pory się zastanawiam, co niektórzy mieli na myśli mówiąc, że dopiero w Argentynie czy Urugwaju doświadczymy prawdziwej gościnności, nie umiem sobie wyobrazić, że można jeszcze bardziej, że można lepiej.

Brazylia – to było bogate doświadczenie i mimo złego początku do dzisiaj nie żałuję, że właśnie tutaj rozpoczeliśmy naszą południowo – amerykańską przygodę.

Collages

DSC_0006

DSC_0036

DSC_0061

DSC_0018

DSC_0026

DSC_0029

DSC_0009

DSC_0078

DSC_0124

DSC_0083

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

"Life is like a 21 speed bicycle-most of us have gears we never use"