Wycinek z podróży – Praia do Cassino (27-28.05.2013)

Pojawiliśmy się w Cassino (Brazylia), gdzie w zależności, z której strony patrząc, zaczyna się bądź kończy najdłuższa plaża świata – 220km piasku z dala od cywilizacji, przynajmniej tak nam powiedziano. Postanowiliśmy przemierzyć ją na naszych rowerach i w ten sposób pożegnać się z Brazylią, której południowy kres przybliżał się do nas nieuchronnie.
Brazylia nie tak łatwo chciała nas wypuścić ze swoich szponów i na koniec zaserwowała mi jesienne przeziębienie wymagające przewracania się w domowych pieleszach. Walkę z wirusem staczałam u Rodrigo, który okazał sie nie tylko smakoszem piwa, ale także jego wybitnym “warzelnikiem”. Okres rekonwalescencji przebiegał nie tylko szybko, ale również wesoło. Nie przypuszczałam, że kiedyś osobiście spotkam piwnego alchemika i że kiedyś piwo okaże się trunkiem o tak bogatym smaku.
Informacji o trasie postanowiliśmy poszukać wśród lokalnych, jednakże w większości przypadków ich rady kończyły się na stwierdzeniu, że nie powinniśmy tamtędy jechać. Na szczęście nasz gospodarz po raz kolejny pospieszył z pomocą i przypomniał sobie o znajomych, którzy pedałowali tą trasą i którzy nie omieszkali o tym opowiedzieć na swoim blogu.  Zgodnie z zamieszczonymi informacjami plaża mogła zaskoczyć nas wiatrem, miękkim piaskiem i odległością od cywilizacji. Zrewidowaliśmy więc nasz optymistyczny plan przemierzenia tej trasy w 2 dni i postanowiliśmy się przygotować na 4.
4 dni bułek z wędliną i serem popijanych ponad 5 litrami wody, na osłodę około 1kg czekolady i banany, a dla urozmaicenia niezawodne sardynki z puszki i kilka jajek. Wiedzieliśmy, że tym jadłospisem ryzykujemy prawdopodobieństwo niezjedzenia tego zestawu już nigdy więcej, jednakże jednogłośnie zdecydowaliśmy, że plaża jest warta tego wyzwania.

DCIM100GOPRO
W poniedziałek o poranku, z dobrymi prognozami pogody, cięższi niż zazwyczaj wyruszyliśmy, żałując tylko jednej rzeczy, że nie mieliśmy miejsca na upchanie chociaż jednej butelki wybornego piwa naszego gospodarza. Nie złożyliśmy również nic w ofierze pani stojącej u wrót plaży – tajemniczej Iemanjy, opiekunki rybaków i rozbitków, czczonej wśrod licznych wyznawców Umbandy. Nie mieliśmy ani cygara ani wina a nasze racje żywnościowe były ściśle wyliczone, więc wjechaliśmy na plażę, nie prosząc Iemanjy o opiekę, jednocześnie licząc, że nasze zachowanie nie sprowadzi na nas jej złości.
Po kilkudniowej przerwie dobrze było na nowo poczuć, jak siodełko gniecie w pośladki, jak wiatr smaga tu i tam, a przede wszystkim, jak horyzont rozwija przed nami swoją nieskończoność. Aura ponownie nam sprzyjała, mimo nadjeścia jesieni i dającego się odczuć spadku temperatury (sandały już dawno zamieniliśmy na pełne buty), pedałowaliśmy w promieniach słońcach, wciąż na tyle silnego, by dogrzewać nasze kości spragnione ciepła.
DSC_0039
Po 15 km dojechaliśmy do wraku statku, naszego pierwszego punktu orientacyjnego. Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem – wciąż znajdowaliśmy się na właściwej plaży: z lewej ocean, z prawej piasek a przed nami południe. Z zasięgniętych informacji wiedzieliśmy, że od tego momentu nie powinniśmy spotykać zbyt wielu ludzi, gdyż poza sezonem niewiele osób zapuszcza się w te rejony. Jakby na potwierdzenie tego faktu, nagle, nie wiadomo skąd pojawił się bezpański koń. Przystanął niedaleko nas, wymieniliśmy kilka spojrzeń, wyglądało, jak gdyby rozważał opcję bliższego zapoznania się, jednakże ostatecznie samotnie pogalopował piaskami plaży.

DSC_0033

Mentalnie przygotowywałam się do bezludzia, bezkresu horyzontu i monotonii krajobrazu. Jak się okazało było to trochę przedwczesne, cywilizacja wciąż upominała się o nas. Po pierwsze zatrzymał się samachód wojskowy z oddalonej o ponad 100km bazy marynarki – jedynego postoju na naszej trasie z zagwarantowanymi mieszkańcami i pitną wodą. Panowie zainteresowali się naszym losem a słysząc o zamiarze przemieszczenia się na drugą stronę plaży zaproponowali podwózkę („carona“). Jednogłośnie odmówiliśmy, co spotkało się raczej z zaskoczeniem, jakoś trudno niektórym zrozumieć, że ktoś po prostu chce przejechać tę odległość o własnych mięśniach. Pożegnałam wojskowych z myślą, że zobaczymy się jeszcze raz, gdy wpadniemy do nich z prośbą o podratowanie naszych zasobów wodnych.
Po drodze, co jakiś czas machaliśmy do licznych rybaków, którzy patrzyli na nas z zaciekawieniem, no cóż po raz kolejny przekonywaliśmy się, że objuczeni rowerzyści z powiewającą flagą nie są tutaj zbyt częstym widokiem. Z reguły pedałowanie plażą jest przyjemniejsze od poruszania się po drodze ze względu na mały ruch samochodowy – można się zrelaksować, trochę pomarzyć i nie ma zagrożenia nagłego spotkania się z mechanicznym pojazdem. Tak też, zgodnie z opowiadaniami lokalnych, miało być na plaży Cassino – prawie pusto i prawie bez kierowców.
Zdziwiłam się więc ogromnie, gdy nagle, trochę bez ostrzeżenia, zobaczyłam w lusterku autobusy. Na początku nie mogłam uwierzyć w to, co widzę, jednakże rzeczywiście po piasku, ze znaczną prędkością pędziły one wypełnione pasażerami i trzeba było ustąpić im miejsca. Trochę zastanowiło nas to zjawisko – co tutaj robią te pełne pojazdy, czemu nie poruszają się normalną drogą, a wyobraźnia zaczęła działać i tak stwierdziliśmy, że jesteśmy świadkami przerzutu nielegalnych imigrantów do Urugwaju  (całkowicie zlekceważyliśmy fakt otwartości granic dla obywateli Mercosulu – unii niektórych krajów Ameryki Południowej). Wyobraźnia potrafi płatać różne figle, jednakże jest miłym kompanem, gdy monotonia wkrada się w rzeczywistość. Tak, po kilkudziesięciu kilometrach pedałowania po plaży, widok kolejnej góry piasku, rozbijające się o brzeg fale i szum oceanu przestają już zachwycać. Wkradła się nuda a wraz z nią zniecierpliwienie – myślami wędrowałam do momentu opuszczenia tego miejsca a to był dopiero pierwszy dzień.
DSC_0041
Nic tak nie wpływa pozytywnie na nasze morale, jak zasłużony odpoczynek połączony z zasłużonym posiłkiem – rozłożyliśmy się więc niedaleko latarni i zaczeliśmy swoją ucztę. W pewnym momencie zatrzymał się koło nas motor z dwoma jego pasażerami, przywykliśmy już do takich sytuacji, gdyż zdarzały się w naszej podróży nie raz. Tym razem miałam wrażenie, że to nie jest po prostu czysta ciekawość, panowie zadając pytanie, nie czekali na odpowiedź, unikali kontaktu wzrokowego i dosyć dokładnie lustrowali nasze rowery i bagaże. Dodatkowo jeden z nich cały czas trzymał ręce w kieszeni, po naszym pierwszym doświadczeniu od razu zapaliła mi się czerwona lampka. W duchu powtarzałam sobie, nie, to nie możliwe, żeby znów ktoś nas okradł, proszę wyciągnij te ręce z kieszeni i pokaż jakie masz zamiary, chcę wiedzieć, czy powinniśmy się ciebie obawiać, czy może mój strach jest bezpodstawny. Byliśmy na plaży, z dala od ludzi, bez zasięgu a możliwość kolejnego napadu napawała mnie strachem. Panowie, co jakiś czas nerwowo rozglądali się dookoła i wreszcie … odjechali, odetchnęliśmy z ulgą. Do tej pory nie wiemy, jakie były ich zamiary, być może to, że było nas dwoje, że mieliśmy w pobliżu nóż, którym przygotowywaliśmy lunch, być może obecność rybaków w stosunkowo niedalekiej odległości, a może to przejeżdzający samochód sprawił, że odjechali bez zabierania nam naszych rzeczy. Nie dowiemy się tego, ale pewne jest, że kolejne naście kilometrów jechałam ze ściśniętym żołądkiem, oczekując, że w każdej chwili dopadną nas w jakimś bardziej odludnym miejscu. Na szczęście, z czasem okazało się, że panowie znikneli na zawsze i beztroska znów zapanowała nad plażowym pedałowaniem. Postanowiłam przestać narzekać na monotonię krajobrazu, już wolę to, niż wydarzenie takie, jak wcześniej. Jak dla mnie może być nudno, nie trzeba mi atrakcji niczym z kina akcji.
DSC_0118
Niekończący się ocean, niekończąca się plażą i niekończące się wydmy towarzyszyły nam do momentu rozbicia namiotu. Dla mnie spanie pod gołym niebem jest zawsze niesamowitym dopełnieniem dnia spędzonego na rowerze, jest to czas wyciszenia się (o ile komary nie atakują zbyt beszczelnie), zadowolenia z przebytej odległości i cieszenia się z otaczającej cię przyrody. Na tę noc zaserwowaliśmy sobie leśną polanę, za łańcuchem wydm, a jak już nastała ciemność pomaszerowaliśmy podziwiać gwiazdy. Mieszkając w mieście zapomina się, jak może wyglądać niebo, ile gwiazd tak na prawdę może pomieścić…
Drugi dzień przywitał nas słonecznie, ale i dosyć wietrznie. Na szczęście wiatr był na tyle miły, że dmuchał nam w plecy, więc prawie bez wysiłku pędziliśmy przed siebie. Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem, pojawiła się również szansa, że jak tak dalej pójdzie to pożegnamy się z Praia do Cassino jeszcze tego samego dnia (przebycie 120km przy korzystnym wietrze wydawalo się możliwe bez zbytniego przemęczenia).
DSC_0128
„Druga połowa“ plaży różniła się od poprzedniej przede wszystkim tym, że nie było na niej żywego ducha, zniknęli rybacy, autobusy, domniemani zbóje, zniknął też las. Wiatr bezlitośnie przeganiał piasek i tylko, gdy przystawaliśmy na chwilę, zdawaliśmy sobie sprawę z jego siły. Dzisiaj on był władcą tej ziemi, nie pozwolił nam nawet na spokojne załadowanie kalorii, wszędzie wciskał ziarenka piasku i nie dało się jeść. Nie zostało nam nic innego, jak ruszać przed siebie, miałam wrażenie, że wiatr delikatnie wyprasza nas z tej bezludnej krainy. Po kilku godzinach pedałowania na horyzoncie zaczęły pojawiać się pierwsze domy rybackie, w ten oto sposób zbliżaliśmy się do kresu Praia do Cassino, zbliżaliśmy się również do kresu Brazylii.
Ściemniało się a my wciąż pędziliśmy do Chuí (Chuy), miasteczka na granicy Brazylii i Urugwaju… w oddali strzelały błyskawice i wydawało się, że lada moment rozpęta się nawałnica. Do hostelu wpadliśmy wraz z pierwszymi kroplami deszczu, mieliśmy szczęście, że wiatr przegonił nas z plaży, jakoś przyjemniej przypatrywać się burzy spośrod ciepłych czterech ścian…
Udało nam się przejechać Praia do Cassino w ciągu dwóch dni, nie napotkaliśmy żadnych z wcześniej wspomnianych przeciwności. Nawet odcinek, na którym nasi poprzednicy musieli pchać rowery przez 20km, nie sprawił nam żadnego problemu, szczerze mówiąc nawet nie wiemy, gdzie on się dokładnie znajduje. Mieliśmy dużo szczęścia, pytanie tylko, co zrobić z pozostałą ilością bułek i jajek, o czekoladę się nie martwię…

3 Responses to Wycinek z podróży – Praia do Cassino (27-28.05.2013)

  1. ola says:

    super filmik. Trzymamy za was kciuki i oczekujemy większej ilości filmików.
    Pozdrowienia z Nowego Targu ślemy z Zochą, która zaczyna mi już pyskować.

    buziaki i oby dętki wasze od gwoździ wolne były a wiatr wiał zawsze w plecy.

  2. Bolo Dobry Kolo says:

    Gratuluję kolejnych kilometrów!!:))

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

"Life is like a 21 speed bicycle-most of us have gears we never use"